Od początku do końca ten dzień był wypełniony energią. Taką, która nie pozwala usiedzieć w miejscu. Nawet kiedy parkiet na chwilę zwalniał, gdzieś obok działo się coś, co przyciągało uwagę. A gdy tylko muzyka wracała, wracała też eksplozja tańca, śmiechu i spontanicznych momentów, których nie sposób było przewidzieć. Fotografowanie tego ślubu było jak próba złapania kilku historii naraz. Każda równie ważna, każda warta zapamiętania.
Selekcja zdjęć? Prawdziwe wyzwanie :)
Dodam jeszcze coś - Agata sama jest świetną fotografką. Tworzy piękne, pełne emocji historie miłosne i rodzinne, które możecie znaleźć na Instagramie jako @agatamajfotografia. Tym większym zaszczytem było dla mnie to, że to właśnie ja mogłam towarzyszyć im w tym dniu i przejechać wiele godzin, żeby opowiedzieć ich historię swoim obiektywem.
To był ślub, który zostaje w pamięci na długo. Nie tylko jako wydarzenie, ale jako doświadczenie.
Agata i Szymon stworzyli dzień, który trudno opisać jednym słowem. To była historia pełna emocji, wzruszeń i czystej radości, która działa się niemal jednocześnie w każdym zakątku.
Ich ślub odbył się w miejscu absolutnie wyjątkowym - w kościele położonym na wzgórzu, który swoim klimatem przywodził na myśl włoskie krajobrazy.
Jednym z najbardziej poruszających momentów była niespodzianka od dwóch wujków Agaty. W różowych garniturach, z ogromnym dystansem i sercem, spełnili obietnicę z jej dzieciństwa, którą złożyli, gdy była jeszcze małą dziewczynką. Obiecali, że poniosą jej welon do ślubu… i dotrzymali słowa. To był moment, w którym śmiech mieszał się ze wzruszeniem.
Zanim jednak padło sakramentalne „tak”, wydarzyło się coś niezwykle intymnego. Ich first look został połączony z czytaniem osobistych listów, szczerych słów, które były jak prywatna przysięga, taka, której nie usłyszymy w kościele. To była chwila tylko dla nich, a jednocześnie taka, która poruszyła wszystkich obecnych. Makijaż przestał być w tym momencie najważniejszy… absolutnie było warto.